"Down In The Groove" jest często uważany za jeden z najsłabszych, jak nie najsłabszy album Boba Dylana. Nigdy się z tym nie zgadzałem. Daleko mu może do "Infidels", ale według mnie album jest dużo lepszy niż dwa poprzednie krążki. Nadal produkcja pozostawia wiele do życzenia, ale przynajmniej nie mamy już tu tandetnych syntezatorów (oprócz "When Did You Leave Heaven?" gdzie akurat są całkiem przyjemne). Jest tu za to więcej prostego rock and rolla, pewnie banalnego, ale wypadającego naprawdę pozytywnie.
Utwory: "Let's Stick Together", "Sally Sue Brown", "Had A Dream About You, Baby" i "Ugliest Girl In A World" to nic innego niż proste, wesołe granie, dwunasto taktowy blues. Słyszałem tysiące podobnych piosenek jednak te mnie nie odrzucają, wypadają całkiem fajnie.
Jednak mamy tu jeszcze parę innych dobrych numerów: ballada "Death Is Not The End", chwytliwe "Silvio", jakby wyjęte z "Self Portrait" przyjemne "Shenandoah" i moje ulubione ciche "Rank Stranger To Me".
Nie ma co za bardzo przejmować się opiniami krytyków. Posłuchaj "Down In The Groove" z czystym umysłem. Album na pewno nie jest kiepski. Nie jest to może arcydzieło na miarę "Blonde On Blonde", ale nie o to Dylanowi chodzi. On po prostu dobrze się bawi, grając muzykę, którą lubi. Między innymi dlatego płytę stawiam wyżej niż dwa poprzednie. U Dylana słychać znów zaangażowanie, choć prawdziwy powrót będzie na następnym albumie. Jedynie smętna ballada "Ninety Miles An Hour (Down The Dead End Street)" pozostawia po sobie negatywne wrażenia. Polecam.
Komentarze
Prześlij komentarz